piątek, 14 lipca 2017

Miłość w Paryżu. I pyszna tarta jabłkowa.


W lipcu, dokładnie 20 lat temu pojechałyśmy z moją siostrą do Paryża. We dwie. Zobaczyć to miasto miłości, pooddychać trochę powietrzem z wielkiego świata i nabrać nieco europejskiego powietrza w płuca oraz otworzyć się na nowe.

Bardzo się na to nowe otworzyłyśmy, szczególnie moja siostra.
Pierwszego dnia, dosłownie w pierwszych godzinach naszego tam pobytu, pod wieżą Eiffla (a jakże!) spotkałyśmy dwóch sympatycznych Francuzów. Jeden z nich zapytał po prostu, czy zrobić nam wspólne z siostrą zdjęcie. Wziął mój aparat, pstryknął zdjęcie, a potem to już poszło.

Szwendaliśmy się razem po Paryżu do rana. Świetni towarzysze nam się trafili. Ja podobałam się Didierowi, moja siostra Jeromowi, który chyba dosyć szybko poczuł, że moja siostra to kobieta jego życia.

Po Paryżu była jeszcze Normandia, potem znowu Paryż, już bez Didiera, który wrócił do siebie, gdzieś na wschodnią część Francji bodajże.

A potem ja wróciłam do Poznania, gdzie czekały studia, no i byłam, że tak powiem, uczuciowo zaangażowana (nie był to jeszcze wtedy mój mąż), a moja siostra wróciła do Niemiec, bo tam wtedy mieszkała i pracowała jako Au- Pair u rodziny, u której wcześniej byłam ja. Taka układanka.

Z Didierem wymieniliśmy kilka krótkich listów, czy kartek z pozdrowieniami, a znajomość mojej siostry i Jeroma przerodziła się w bardzo szczęśliwe i udane małżeństwo. Ich ślub odbył się rok później. Cywilny we Francji, kościelny w Polsce. Dwa razy byliśmy z Didierem świadkami.

Owoce tego romantycznego spotkania to Eurydice i Callisto, dwie świetne córki Moniki i Jeroma.
Taka historia!
Jak z Harlekina.

Przez te lata wiele razy byłam we Francji. Najpierw sama, potem z rodziną. W różnych kombinacjach. Siostra z rodziną, także jej teściowie, przyjeżdżają do Polski. Teściowie lubią się z moimi rodzicami, zapraszają się wzajemnie. My również bywamy u nich, w Prowansji. Taką kolorową tworzymy rodzinę!

 Lubię Francję. Cieszę się zawsze, kiedy tam jestem.
Uwielbiam tamtejszą kuchnię, a moja siostra gotuje po prostu wybornie.

Trochę podpatruję jej kulinarne wyczyny i lubię ugotować w domu coś według jej przepisu. Dzielę się z Wami przepisami. Dzisiaj tarta jabłkowa. Pyszna! Tę na zdjęciach upiekła moja siostra.

                               




                                                                            Przepis

Ciasto francuskie, lub ciasto kruche
Farsz:
1 szklanka mielonych migdałów
1 jajko
2-3 łyżki cukru
3-4 łyżki roztopionego i ostudzonego masła
cukier waniliowy
jabłka pokrojone w cienkie plasterki

Jajko z cukrem wymieszać na kogel- mogel. Dodać do tego migdały, masło i cukier waniliowy. Masę wylać na ciasto. Na wierzch ułożyć jabłka i posypać cukrem waniliowym lub brązowym
                             Piec ok. 40 min w 180 stopniach.
                                       I już!



                                                             Do napisania!

wtorek, 20 czerwca 2017

Rodzinne strony






W tym roku mija 21 lat, odkąd mieszkam w Poznaniu. I dzisiaj mogę śmiało powiedzieć, że jest to moje miasto. Miasto, które znam, które otworzyło przede mną szeroko swoje wrota, oferując cały wachlarz różnorodnych możliwości. W Poznaniu rozwinęłam skrzydła, skończyłam studia, spotkałam najbliższych mi przyjaciół, poznałam męża, założyłam rodzinę, znalazłam dom. Utkałam przebogatą pajęczynę znajomych, bliskich i bardzo bliskich mi ludzi, oswojonych miejsc, wydeptałam i wyjeździłam poznańskie drogi i chodniki. Jestem tutejsza.
Zwykle, dokądkolwiek pójdę, spotykam kogoś znajomego. Poznań skurczył się dla mnie jakoś przez te lata i z metropolii, którą wydawał mi się kiedyś, z perspektywy mojego rodzinnego, zaledwie 7- miotysięcznego miasteczka na Pomorzu, stał się zwyczajnym grajdołkiem.
Lubię Poznań.
Ale męczy mnie to miasto z roku na rok coraz bardziej.
Im jestem starsza, tym mocniej i dotkliwiej tęsknię za życiem spokojnym. W ciszy i bez pośpiechu.
Proste życie.
Proste, zdrowe jedzenie.
Proste poniedziałki, wtorki i soboty.

Urodziłam się na Pomorzu. W Człuchowie dokładnie. Przez pierwszych kilka lat mojego życia mieszkaliśmy w małej wiosce. Małej, ale prężnie działającej. Była szkoła, ośrodek zdrowia, poczta i stołówka dla pracowników PGR- u. Bo była to wioska pegerowska. Mój tata był kierownikiem PGR-u a mama główną księgową. Po szkole i po pracy szliśmy do stołówki i krzyczeliśmy w dół stołówkowej windy:  mielone z buraczkami, albo leniwe z cukrem i śmietaną. Kuchnia przyjmowała, kuchnia wydawała. Proste.

Kiedy miałam 10 lat przeprowadziliśmy się do pobliskiego miasteczka, w którym wybudowaliśmy dom. Budowaliśmy go wszyscy. Rodzice, dziadkowie, wujkowie, znajomi, my, dzieciaki. Pamiętam, jak podlewałam pustaki, żeby nie wyschły, albo jak przez połowę wakacji szlifowałam deski na boazerię. Tata został w tym miasteczku ważną postacią. Był dyrektorem spółdzielni mieszkaniowej. Budował nowe bloki i zarządzał tymi, w których mieszkała większość moich koleżanek.
A kiedy zamykał za sobą dyrektorskie drzwi i wracał do domu, zabierał się do pracy.
Zawsze mieliśmy ziemię. Pole, a na nim ziemniaki, buraki, zboże, różnie. Zawsze też mieliśmy zwierzęta. Kury, przez krótki czas świnie (pomagałam nawet kiedyś oprosić się maciorze), nutrie.

Moi rodzice byli bardzo pracowici i gospodarni. U nas zawsze było coś do zrobienia. Żniwa, wykopki, noszenie drewna i węgla, plewienie, podlewanie. Kiedy byłam w wieku moich starszych córek, jeździłam po polu traktorem i zbierałam snopki siana.

Po pracy szliśmy do szkoły, tata znowu był dyrektorem, a mama księgową.

Rodzice kupili kiedyś 50 małych kurczaczków. Trochę dla nas, trochę dla babci i dziadka. Zamieszkały na pierwsze trzy tygodnie w naszej piwnicy, żeby się odchowały trochę. Kurczaki podrosły, wszyscy się cieszyli na jajka i rosoły.
Pewnego chłodnego dnia zamknęłam w piwnicy obok naszego psa. Mały był i niegroźny, kundelek taki. Nie chciałam, żeby zmarzł. Wszystkie możliwe drzwi pozamykałam i poszłam do szkoły.
Kundelek poradził sobie ze wszystkimi skobelkami i urządził sobie niezłą imprezkę. Zagryzł wszystkie kurczaki. Nasze i dziadków.

Tata wrócił z pracy, wręczył mi wielki wór i kazał wynosić kurczaki partiami do lasu. Dla lisów. Nosiłam ten wór całe popołudnie do lasu i z powrotem, a moje koleżanki siedziały na ławkach i lizały lizaki.

9 lat temu moi rodzice sprzedali nasz dom w małym miasteczku.
Wybudowali mniejszy we wsi oddalonej od miasteczka o 3 kilometry.






Mają piękny, duży ogród, staw pełen ryb tuż za bramą wejściową, łąki, pola i lasy za płotem. Wciąż pracują i ciągle coś robią, mimo, że są już na zasłużonych rentach i emeryturach.

Moja mama ma więcej energii niż ja. Warzyw i owoców do obróbki tyle, że słoiki zapraw na zimę można liczyć w setkach. Moi rodzice to ludzie pracy.

Kiedyś wściekałam się na te wszystkie żniwa i wykopki. Potem wstydziłam się mojego wiejskiego i rolniczego pochodzenia. Wyszłam za lekarza. Mój teść lekarz, teściowa też lekarz. A ja córka rolników.
 Dzisiaj wiem, że moje dzieciństwo i moja rodzina to mój ogromny zasób i bogactwo. Jestem wdzięczna moim rodzicom za miłość, bezpieczeństwo i przykład. Uczciwi, pracowici, silni, kochający, wrażliwi. Rodzina jako centrum wszechświata. Dzięki nim wiem, co w życiu jest najważniejsze.

Uwielbiam wieś. Szczególnie tę, w której stoi dom moich rodziców. Zawsze dla mnie i mojej rodziny szeroko otwarty. Obfity. W jedzenie, miłość, rozmowę, czas, wsparcie, bezpieczeństwo.
Dziękuję.

                                                        Do napisania Kochani.

środa, 31 maja 2017

Tirare mi su


Porządne stanowisko w korporacji, porządna garsonka, porządna kwota na koncie każdego miesiąca i porządne zazdrość oraz podziw innych.
Poza tym dwoje malutkich dzieci w domu, wrażliwa dusza płacząca do wolności, pragnienie szczęścia, harmonii, pracy w zgodzie ze sobą, poczucie ogromnego bogactwa życia, które jest...gdzieś poza tą wymarzoną posadą.

Aż któregoś dnia w ogromnym oknie biurowca pojawia się Anioł- chłopak, który z uśmiechem na twarzy, z słuchawkami w uszach, radośnie machając nogami mył okna. Zawieszony gdzieś w powietrzu. Na linach. Szczęśliwy.

Zrozumiała. Poczuła. Zatęskniła. Oszalała?

Zrezygnowała z korporacji. Zaczęła szukać innej drogi. Dziś po niej kroczy. Z przytupem i entuzjazmem. Szczęśliwa, spełniona, cała w swojej PEŁNI.

Beata. Moja przyjaciółka. Nasza piękna TIRAMISU.

Tirare mi su- czyli "ciągnie mnie do góry"
Nic dodać, nic ująć. Motywuje, inspiruje, zaraża optymizmem i wiarą w piękno świata i życia. Tworzy, buduje, wytańcza najpiękniejsze. Pisze książki.

Ogólnopolska kampania społeczna "Praca? Lubię to", czy podobny projekt "Pracuję bo lubię" to jej sprawka. Warsztaty "Bogactwo życia" również.
Jej życie to również trudne chwile, jak choroba synka i walka o jego życie. To również odważne decyzje i nieustanne wychodzenie poza własną strefę komfortu.
Tirare mi su- Jestem wdzięczna za jej przyjaźń i obecność w moim życiu.






Warsztat "Bogactwo życia"- i ja tam byłam, miód piłam i zdjęcia robiłam. Pięknie było.
Beata Kiewisz- znajdziecie ją na FB. W czerwcowym numerze "Zwierciadła" jest też krótki wywiad z nią. Polecam z całego serca. I warsztaty, i wywiad. Beata to cudna kobieta!

                                                           Do napisania!

czwartek, 18 maja 2017

Ze smakiem






Dwa ziemniaki w łupinkach, plaster tyrolskiej, wędzonej szynki speck, oraz dużo szparagów z solą i masłem- to moje pierwsze spotkania ze szparagami. Ponad 20 lat temu, w Niemczech. Rodzina, u której gościłam przez rok jako Au- Pair uwielbiała szparagi, szczególnie w takim wydaniu. Spróbowałam i przepadłam.
W sezonie mogę jeść szparagi codziennie! Niekoniecznie ze speckiem, zjem (prawie) każdą ilość i w każdym wydaniu.

Dawno temu, kiedy Cela i Gabi były małe, a Mani nie było jeszcze nawet w planach, mój mąż zabrał nasze córki na trzy dni do domu w lesie. Zostałam w domu sama. Taki prezent na moje majowe imieniny. Codziennie kupowałam 3 (albo i więcej) pęczki szparagów i jadłam je na okrągło. Nie mogłam się najeść po prostu, a największą radość miałam z tego, że mogę je zjeść w całości. Nasze dziewczyny jadały wówczas tylko same łebki szparagowe, więc rozumiecie, ja matka oddawałam dzieciom najlepsze, sama jadłam głównie obgryzioną resztę.
Te trzy dni to była prawdziwa rozkosz. Również kulinarna.

Znam dziewczyny, które dla samych siebie nie gotują. Bo się nie opłaca. Dla jednej osoby? Bez sensu! Dla innych, dla rodziny, dla dzieci tak. Trzeba przecież, ale dla samej siebie?

Ja gotuję.
 Przygotowuję dla SIEBIE dobre drugie śniadanie, kiedy jestem sama w domu. Nie czekam na kogoś jeszcze, żeby gotowanie miało sens.Oczywiście nie zawsze mam taką możliwość, ale uważam, że gotowanie dla SIEBIE jest wspaniałe. Lubię zdrowe, smaczne jedzenie, lubię SIEBIE i o siebie dbam. Również w kwestii jedzenia.
A jaką mam radochę, kiedy w ciszy siadam z talerzem pełnym pyszności przy stole i wiem, że nikt mi nie przeszkodzi w tej uczcie. No chyba, że listonosz na przykład.

Ucztuję, a w maju szparagi bardzo często grają podczas tej uczty pierwsze skrzypce.


Potrawa powyżej to absolutnie przepyszna tarta z przepisu Agnieszki Maciąg. Bardzo polecam. Sycąca, smaczna i kolorowa. Na obiad, drugie śniadanie, albo na kolację. Ciasto z przepisu wyszło mi trochę zbyt kruche i ciut je przypiekłam, ale i tak smakowała wybornie.

Dla chętnych, a nie posiadających książki A. Maciąg, przepis.

Kruche ciasto:

200 g mąki
100 g masła
3 łyżki zimnej wody
1/2 łyżeczki soli

Z tych składników zagnieść ciasto, uformować kulę i włożyć do lodówki na ok. 30 min.
Po tym czasie ciasto upiec w formie do tart, w piekarniku nagrzanym do 180- 200 stopni, do momentu zrumienienia.

Nadzienie:

2 pory
Łyżka masła
zielone szparagi (pęczek), obrane i lekko podgotowane
czosnek (w przepisie są 3 główki, ja dałam 1)
oliwa
ocet balsamiczny
220 ml wody
łyżka cukru trzcinowego
rozmaryn (świeży lub suszony)
250 g żółtego sera
4 jajka
300 ml śmietany (ja dałam śmietanę owsianą)
 sól, pieprz

Wykonanie:

1. Pokrojone pory podsmażyć na łyżce masła. Odstawić
2. Karmelizowany czosnek:
obrane ząbki czosnku wrzucić do rondelka, zalać wrzącą wodą, gotować ok. 2-3 minuty, następnie odcedzić i wysuszyć. W tym samym rondlu rozgrzać oliwę, wrzucić czosnek i podsmażyć. Następnie wlać ocet balsamiczny i wrzącą wodę. Gotować na małym ogniu 10 min.
Wsypać cukier, zioła i sól. Podgotować do momentu, aż czosnek pokryje się karmelowym syropem.
3. Na podpieczone ciasto wyłożyć pory, następnie czosnek i szparagi.
4. W misce wymieszać jajka, śmietanę, sól i pieprz. Zalać tą mieszanką warzywa.
5. Wierzch posypać żółtym serem
6 Piec w temp. 160 stopni przez ok. 40- 50 minut.




                                                      Do napisania Kochani!



piątek, 5 maja 2017

Kobieta






Otaczają mnie wspaniałe kobiety. Niezwykłe. Mądre. Piękne. Wyjątkowe. Aż mi dech w piersiach zapiera i palce na klawiaturze drżą, kiedy o nich myślę i piszę. Tak, właśnie tak. Niech będzie, że jestem egzaltowana i emocjonalna. Taka jestem. Również taka, bo i zupełnie inna bywam też, po kobiecemu- bogata i wielokolorowa.

Ty, Kochana Czytelniczko też taka jesteś. Wyjątkowa, różnorodna, przebogata! Jedyna w swoim rodzaju.
Spotykam na swojej drodze tak wiele kobiet, słucham wielu historii życia, losów prowadzonych przez drogi czasem łagodne, czasem wyboiste i tak kręte, że błędnik wariuje, zbieram te opowieści do kieszeni i wiecie co?
Wiem na pewno. Kobiety to mocarne, silne, mądre istoty. Kobiety stwarzają wszechświaty, tworzą miłość, dobro, pokój, piękno, dają światu życie.
To górna półka.
Na dolnych ciasno poukładane leżą codzienne, kobiece obowiązki. Codzienne krzątactwo wokół sensu istnienia. Czasem kilku sensów.
Kobiety karmią, przytulają, otaczają opieką, dbają o DOM, o bezpieczeństwo swoich rodzin, pieką ulubione ciasteczka córki lub syna, nocami pakują prezenty, albo czuwają z ręką na rozgorączkowanym czole. Zanurzają się w bezgranicznej miłości, kiedy w środku nocy kolejny już raz przemierzają korytarze swoich mieszkań, by obecnością odpowiedzieć na wołanie.
Mamo! Mamo! Mamo!

Szanuję, doceniam i zachwycam się siłą kobiet. Uwielbiam to, jak bardzo rozumiemy się bez słów. Jest mi nieopisanie smutno, kiedy widzę kobietę, która pozwala się źle traktować.
Kobietę, która daje sobie wmówić, że jej emocje, wrażliwość, łzy rozpaczy to niezrównoważenie psychiczne, histeria i babska słabość, w najlepszym wypadku okres będzie miała, albo coś. Że spotkanie z przyjaciółką to bezproduktywne mielenie jęzorem, że własne potrzeby, inne niż poświęcenie, to jakieś głupie fanaberie, że wszelkie problemy rodzinne, finansowe, zawodowe to jej wina.
Kobietę, która pozwala, żeby mówić o niej i do niej z lekceważeniem, wyższością, pogardą, umniejszając jej poczucie wartości i upokarzając.

Kobiety, nie pozwalajmy się źle traktować!

Doceńmy same siebie. Zaakceptujmy to, jakie jesteśmy. Silne, piękne i prawdziwe.
Płaczmy, tańczmy, śmiejmy się, gadajmy całe noce, odpoczywajmy, na ile to tylko możliwe dajmy sobie czas tylko z sobą samą, wyjeżdżajmy, czytajmy, spotykajmy się, piszmy, długo śpijmy, jeśli mamy na to chęć i możliwość, prośmy innych o pomoc i przyjmujmy ją. Nasze potrzeby nie są kaprysami, a my nie jesteśmy wariatkami tylko dlatego, że komuś wydaje się dziwne to, co robimy, lub to, czego pragniemy.

Doceńmy same siebie.
 Nie dowalajmy sobie samym. Świat dowala nam wystarczająco. Nie mówmy o sobie źle.
Zachowałam się jak kretynka, O matko, ale się ośmieszyłam, Rany, paplałam jak głupia, Znowu dałam plamę, Jestem beznadziejna, Nic nie potrafię, Schrzaniłam to czy tamto, jak zawsze, głupia, głupia, głupia, jak mogłam tak się zachować...Znacie to?

To autodestrukcja. To nieprawda!!!

Doceńmy same siebie. Otoczmy się współczującą akceptacją (jak to ładnie powiedziała bliska mi kobieta, od której nieustannie się uczę).
Spróbuj jutro, a może i pojutrze myśleć i mówić o sobie dobrze. Albo przynajmniej nie myśleć i nie mówić o sobie źle.  Nie krytykować siebie. Nie dowalać sobie. Nie być dla siebie zbyt surowym cenzorem. Współczująca akceptacja.
Ja podejmuję to wyzwanie. A Ty?

Akceptacja różnorodności. Całego wachlarza emocji, zachowań, doświadczeń, potrzeb. Jestem niezwykła i wspaniała. Potrafisz tak o sobie pomyśleć?

Ja też wciąż się tego uczę. Chcę mieć odwagę pokazać światu, jaka jestem kolorowa i jak bardzo to w sobie lubię.

Jakiś czas temu miałam sesję zdjęciową. Profesjonalną. Kobiecą. Bawiłam się wspaniale (chociaż na końcu byłam już straszliwie zmęczona). Bardzo lubię siebie na tych zdjęciach. Pełnia różnorodności. Jak w każdej z nas!









Dużo mówi się o tym, jak to matki źle wychowują swoich synów i jakie to my, kobiety, mamy potem z tymi niedojrzałymi, nieszanującymi nas mężczyznami, kłopoty.
Nie wiem, jak wychowuje się synów na wspaniałych mężczyzn.
Myślę jednak, że żaden mężczyzna nie jest w stanie skrzywdzić i umniejszyć kobiety, którą wychowała inna, mądra i silna kobieta. Kobieta, która znała swoją wartość.

Dlatego robię co w mojej mocy, żeby moje córki wiedziały, jakie są niezwykłe i wyjątkowe.
Żeby doceniały siłę swojej mądrości i kobiecości i potrafiły stawiać granice.

Kobiety! Pamiętajcie, jesteście absolutnie WSPANIAŁE!

środa, 3 maja 2017

Majówka w domu






Planowaliśmy wyjechać na kilka dni do lasu, do Puszczy Nadnoteckiej. Mamy tam domek letniskowy we wsi, niedaleko Wielenia.
Wszyscy (albo prawie wszyscy) w końcu gdzieś na tę majówkę wyjeżdżają. Znam nawet takich, którzy do Grecji, Hiszpanii, albo Chorwacji.
Pogoda w kratkę, wyziębiony ów domek letniskowy, zmęczenie podyżurowe Olka, potrzeba posnucia się po domowych kątach skutecznie zatrzymały nas w domu.
Wybyczyliśmy się.
Spanie do 9, kino, dwie wizyty u przyjaciół, oglądanie filmów do późnej nocy, rowery, konie, czytanie, dobre jedzenie.
Ładowaliśmy akumulatory przed intensywną końcówką roku. Wystawianie ocen, egzaminy z instrumentów, koncerty, projekty, prezentacje- to wszystko wymaga od dziewczyn sporo energii.

Snucie się po domu jest taaaakie przyjemne.

Wiem, że niektórzy nie lubią takiego domowego rozmemłania. Ciągle ich gdzieś gna. I wspaniale. Też czasami mnie gna i chciałabym tu i tam. Z radością myślę o naszym czerwcowym wyjeździe do Warszawy, o wakacyjnych wojażach, o obiecanym mi przez męża wyjeździe do Kazimierza,  ale chwilowo dobrze mi w domu.

Mogłabym pod kocem i z książką spędzić długie godziny. Może przez rozleniwioną wiosnę, która coś się nie śpieszy z dłuższą wizytą...

A ponieważ majówka spędzona w domu, to i zdjęcia domowe. Głownie moich ulubionych mebli, które własnymi rękoma odnawiałam, ale o tym już wiecie przecież. W kwietniu posprzątałam i przemeblowałam nieco moje zbiory. Część jest w witrynce.




A część w kredensie. Sporo tego, ale nie ma naczynia, którego nie używamy. Poza tym marzę o jeszcze. Taki piękny serwis z porcelany z Lubiany na 18 osób na przykład. Chętnie, oj chętnie poukładałabym na tych moich półkach.








W temacie skorup nie jestem minimalistką.
 Kiedy czytam o 4 widelcach, nożach i łyżkach, 4 talerzach, dwóch garnkach i jednej małej patelni w gospodarstwach domowych mistrzów minimalizmu, głośno wyrażam moje zdumienie pytaniem: ALE JAK??????
Przyznaję się bez bicia- to nie dla mnie. Przynajmniej w temacie pięknych skorup. Gdybym codziennie miała pić każdy napój z tego samego kubka, po trzech dniach w akcie rozpaczy rwałabym chyba włosy z głowy.
Lubię porcelanową różnorodność. Takie mam niegroźne zboczenie.

No dobrze Kochani. To się trochę wyspowiadałam. Jeszcze rzut oka na nasz salon. W stanie niezmienionym póki co. Bo planujemy remont i przebudowę za czas jakiś. A zanim remont, to może jakieś przemeblowanie? Już mi coś tam świta...




                          


    Do napisania!
Asia

sobota, 22 kwietnia 2017

Kiedy jesteś szczęśliwa?


Jedno spotkanie. Jakieś zdanie wyłowione spośród wielu innych. Słowa, które zapadają głęboko w serce i w pamięć. Takie słowa, które zmuszają do refleksji, zmiany przekonań, do zatrzymania. Budzą potrzeby, pragnienia i marzenia. Uwalniają od napięcia i wspierają swoim pozytywnym przekazem. Spotkania, ludzie, zdania, które budują naszą tożsamość i sprawiają, że nie jesteśmy już tymi samymi ludźmi, którymi byliśmy 10 minut temu.

Życie. Niesie nas i doświadcza. Uczymy się, zmieniamy, rozwijamy, zadajemy sobie pytania i poszukujemy odpowiedzi. Niestrudzenie.

Dzisiaj zadaj sobie pytanie: kiedy jestem szczęśliwa?

Ponieważ najważniejsze, co mamy do zrobienia w naszym życiu, to być szczęśliwą. To budowanie szczęścia, szukanie go i zanurzanie się w nim. Delektowanie się pięknem i szczęściem właśnie. Zatrzymywanie się przy dobrych wydarzeniach, pięknych spotkaniach, otaczanie się ludźmi, którzy nas kochają, szanują i wspierają. Ludźmi, których energia nas wzmacnia, a nie ciągnie w dół i wysysa naszą radość.
Szczęście to wybór. Czy wybierasz szczęście, czy marudzenie, narzekanie, czekanie, aż pojawią się pieniądze/ partner/ podróż marzeń- dopisz, co uważasz. Uśmiechniesz się do swojego odbicia w lustrze, czy znowu westchniesz z dezaprobatą
Docenisz dobro i obfitość w swoim życiu, czy też nieustannie będziesz wyznaczać nowe warunki, po których spełnieniu nareszcie poczujesz się szczęśliwa?

No więc kiedy jesteś szczęśliwa?
Już wiesz?
Rozgość się zatem i jak najczęściej to uczucie przywołuj.


 Podobno ludzie, którzy nie oglądają telewizji i nie słuchają radia są szczęśliwsi i mniej zestresowani.
Wrażliwi na to, co dzieje się na świecie, owszem, ale chronią swój spokój i koncentrują się na tym, co dobre, wartościowe i mądre.

Te mądrości wzięłam sobie z dzisiejszego spotkania z Renatą Arend- Dziurdzikowską, dziennikarką "Zwierciadła", moją przyjaciółką (tak, mam to szczęście przeogromne być z Renatą w przyjacielskiej, bliskiej relacji).
Rozmowa o szczęściu i wyborach naszych codziennych naładowała mnie taką dawką pozytywnej mocy, że teraz spać nie mogę.

Potrafię cieszyć się duperelami. Doceniam i rozpływam się w szczęśliwości, kiedy piję kawę w łóżku, czytam książkę do południa, chodzę w piżamie całe sobotnie przedpołudnie, kiedy przykrywam się miłą w dotyku, pachnącą pościelą, kiedy leżę w wannie i pachnę, kiedy córki się do mnie przytulają, kiedy odkrywam muzykę, od której mam gęsią skórkę, kiedy biorę do ręki piękna filiżankę. Takie duperele, z których składa się całe nasze życie.

Moje dzisiejsze szczęśliwe kadry. Zwyczajne. Najcudowniejsze. Wszystkie moje córki są tu ukryte. Dwie trzymają tło, jedna bawi się w modelkę. Zwyczajna sobota. Pełnia szczęścia!







No to jak, kiedy czujesz się szczęśliwa, Kochana czytelniczko? Pamiętaj o sobie!
                                                                       Asia