wtorek, 21 listopada 2017

Dieta BEZ

Kiedy byłam dzieckiem, część wakacji spędzałam u moich dziadków na pomorskiej wsi Łąkie.
W Łąkach był tylko jeden sklep spożywczy, w którym chleb (w dzień wcześniej zamówionej i odliczonej ilości) pojawiał się o godzinie 11 każdego dnia.
Babcia Marianna brała siatkę na zakupy, mnie, siostrę, kuzynki z Rzeszowa, jeśli akurat były i wędrowałyśmy przez wieś po ten chleb. Czasami było tego kilka bochenków.
Jeszcze ciepły, świeżuchny, z chrupiącą skórką. Zwyczajny taki.
W domu babcia kroiła grube pajdy, smarowała masłem, śmietaną i posypywała cukrem. Albo bez śmietany i cukru, za to z ogórkiem i pomidorem z dziadkowych krzaków. Boszszszsz...Jak to smakowało!

Nikt wtedy nie słyszał o razowych czy żytnich na prawdziwym zakwasie, nie kręcił nosem osłabiony nadmiarem i różnorodnością chlebowej oferty. Nie mówiąc już o jakimś tam kosmicznym glutenie. I że lepiej go nie jeść w niektórych przypadkach. Ja na pewno nie byłam tym przypadkiem. Jadłam wszystko, nawet maliny z robalami i potrawkę z lebiody autorstwa babci i nic mi nie szkodziło.

A teraz szkodzi.
A przynajmniej nie służy. A już na pewno w większych ilościach nie służy. Od kilku dni jestem na diecie BEZ i czuję się lepiej.
Jeszcze trochę mnie wystrasza ta bezglutenowa perspektywa, bo ja od ponad roku jestem również na diecie BEZ laktozy. Laktoza to dopiero dawała mi się we znaki! Nie zamierzam sobie robić kuku smacznym jogurtem, o nie!

Zwalam całą winę na tarczycę. Jej niedoczynność jest, jak piszą we wszystkich mądrych książkach, mocno powiązana z nietolerancją właśnie laktozy i glutenu. Podobno warto też zrezygnować z cukru, soi, ograniczyć spożycie jajek i roślin psiankowatych, czyli między innymi moich ukochanych pomidorów. Płakać mi się chce!

Nie będę wariować, to znaczy nie przerzucę się na li tylko jaglaną z dynią, ale przyglądam się temu dietetycznemu szaleństwu.

A zatem zdarza mi się upiec bezglutenowy chleb. Uwielbiamy go wszyscy i schodzi cały na jednym posiedzeniu. Przepis znalazłam w jednej z moich licznych, kulinarnych ksiąg. Które pasjami przeglądam i się inspiruję.


Przepis z tych prostszych i zawsze się udających. Znalazłam go w książce Grażyny Bober- Bruin "Pysznie bez glutenu".
I ten chleb dokładnie taki jest. I pyszny, i bez glutenu.


 
                                                                         PRZEPIS

130 g mąki gryczanej
260 g ulubionej mąki bezglutenowej (dzisiaj dałam gotową mieszankę bezglutenową, z Piotra i Pawła)
120 g ziaren słonecznika, pestek dyni i orzeszków piniowych (u mnie bez orzeszków)
1 i 3/4 łyżeczki soli
1 łyżeczka drożdży w proszku
360 ml wody

1. W misce wymieszać mąki z solą, drożdżami, słonecznikiem, pestkami dyni, wlać wodę i zmiksować mikserem na gładką masę (użyłam do tego końcówek- haków)

2. Miskę z ciastem przykryć ściereczką i odstawić w ciepłe miejsce na noc

3. Następnego dnia nagrzać piekarnik do temp. 220 i na pół godziny wstawić do niego żeliwny garnek, czy inne naczynie, w którym będzie pieczony chleb

4. Po tym czasie wyjąć garnek, dno oprószyć mąką i wlać masę chlebową. Przykryć pokrywką

5. Wstawić chleb do piekarnika na pół godziny

6. Po tym czasie zdjąć pokrywkę i już bez przykrycia piec przez ok. 15 minut

7. GOTOWE

                                                                Smacznego i do napisania
                                                                            Asia

czwartek, 16 listopada 2017

Antresola


No i wyrosła nam najmłodsza córka z łóżka, które dotychczas rosło razem z nią. Wyrosła bardziej mentalnie, niż fizycznie szczerze mówiąc, ponieważ łóżko ów mogło sobie spokojnie urosnąć o jeden jeszcze kawałek materaca z zestawu.

Mowa o bardzo popularnym łóżku ze sklepu IKEA, które służyło Marysi kilka lat.



O naszego ostatniego pobytu u mojej siostry we Francji, Marysia zapragnęła antresoli, coś takiego mamo, wiesz, jak ma kuzynka...

Spanie pod samym sufitem może być atrakcyjne, okazuje się.
Mąż stare łóżko rozkręcił i przez chwilę Marysia spała na materacu.
Czekała cierpliwie na wymarzoną antresolę, asertywnie odmawiając kilku propozycjom, które jej pokazywałam w internecie. Doskonale wiedziała o co jej chodzi.
Ja takiego dużego mebla w jej stosunkowo niewielkim pokoju nieco się obawiałam, ale zupełnie niepotrzebnie. Antresola stanęła i jest naprawdę fajnie i przytulnie.




Obok antresoli stanie biały, wąski regał z Ikei, który jest... jeszcze w Ikei. Musimy podjechać i kupić. Póki co, cały bałagan chowa się pod biurkiem.

Marysia jest zachwycona!
Biurko wielkie, można rozłożyć się wygodnie z milionem kredek, papierków, wycinanek, zeszytów, od biedy zmieszczą się tam nawet zeszyty i książki...

Kilka kadrów z nowej Marysiowej przestrzeni.



 
Stan biurka posprzątany, czyli nieczęsty.



W pokoju Marysi mieszkają też patyczaki i myszoskoczek. Do niedawna również rybki. Bo nasza MAnia to miłośniczka zwierząt. W ogrodzie miała kiedyś własną hodowlę larw komarów. Ratuje wszystkie pająki, mrówki i muchy. Żadnej nie mogę ubić. Ani komara. Oszaleć można. Oto jeden z naszych patyczaków. Przyjemniaczek...


Pokoje starszych córek pokazałabym Wam bardzo chętnie, bo fajny mają klimat i bardzo je lubię. Nastolatki bronią jednak swoich twierdz, więc póki co- niestety, nic z tego.
Namawiam je usilnie.
                        
Tymczasem, do napisania. I jeszcze raz bardzo dziękuję za Wasze komentarze. Czytam je z uśmiechem na twarzy i ogromną wdzięcznością.


środa, 8 listopada 2017

Wieś


Kilka już razy pisałam o tym, że jestem dziewczyną ze wsi.
Ale w sumie, z takiej prawdziwej wsi to nie. Wychowałam się w małym miasteczku między Człuchowem, a Szczecinkiem. Mieliśmy fajny, wygodny dom niedaleko lasu, szkoły, parku, kościoła, dworca PKP, z którego w czasach licealnych codziennie jechałam do szkoły, do szczecineckiego liceum. A, i jeszcze rzut beretem do MGOK- u, czyli ośrodka kultury. Na dyskotekę czyli.

10 lat temu moi rodzice sprzedali nasz dom w miasteczku.
I wybudowali mniejszy we wsi obok.
Wioska maleńka, działka wokół domu ogromna, tuż za płotem staw, pola i las po sąsiedzku. Wiodą tam spokojne życie.




W ogródku mają wszystko prawie że. Warzywa, owoce, zioła. Mają z tym mnóstwo roboty, ale widzę, że wielką radość sprawia im taka samowystarczalność. Bo mają też swoje kury, a więc mięso i jajka- najszczęśliwsze.
Ich praca i cała energia przeniosła się z biur do wiejskich okoliczności.
Tata łowi ryby, jeden znajomy ma własną wędzarnię, więc wędliny tylko prawdziwe, sąsiad ma pasieki, a zatem i miody z dobrego źródła, nabiał też tylko z ekologicznej mleczarni z Białego Boru.

Spiżarnia pełna, dobudowana niedawno weranda pachnie najpiękniej na świecie!





Przez dom moich rodziców nieustannie przewijają się goście. Sąsiad wpada na herbatę, koleżanka z miasteczka po jajka i pogadać, znajomi z okolicznych wiosek, też na emeryturach, przyjeżdżają coś wspólnie poświętować, albo ot tak, po prostu, odwiedzić.

Kawa się parzy, garnki odgrzewają, drewno trzaska w kominku, rozmowy się toczą.
Dzieciaki nigdy się tam nie nudzą!


Ja też nie. Lubię pooddychać tamtym powietrzem. Czuję się tamtejsza.



                                                             Do napisania Kochani!

poniedziałek, 30 października 2017

Więcej miłości


Przedwczoraj miałam urodziny. Skończyłam 41 lat.
Były róże, prezenty, poranne wejście z zaśpiewanym i zagranym na ukulele 100 lat, był wspólny obiad w restauracji i tort. Niby świątecznie, a jednak zwyczajnie, spokojnie i normalnie. Czyli tak jak lubię.
Dostałam mnóstwo pięknych życzeń. Facebook, smsy, telefony, messengery, życzenia składane osobiście. Miód na serce, rozkosz dla duszy, uśmiech na twarzy.

 "Kochana Skorpionico!!!
Mocy i pełni.
Widzę Twoją mądrość, dzielność, czułość i figlarność.
Sciskam urodzinowo z trasy Białoruś- Polska.
Szalona Ty. Olga"

"Śmiechu i tańca codziennie.
Krysia"

"Sto lat Dżoana w szczęśliwości.
Gosia"

"Buenos dias, najlepsze życzenia urodzinowe ślemy z Katalonii.
Jak najmniej trosk, radości w życiu, pokoju w sercu i ciepła najbliższych
w waszym przytulnym domku.
7 razy Sz."

"Joanno, życzę Tobie, aby Twoja droga do siebie była pełna wspaniałych odkryć.
Abyś potrafiła dostrzec piękno, które masz w sobie i je pielęgnowała.
Uściskuję, ukochuję i Wspieram Ciebie:
Wspaniałą
Mądrą
Piękną
Kobiecą
Pełną Mocy
Silną Kobietę, którą jesteś.
Dziękuję, że jesteś na mojej drodze.
Aga"

"Kochana, energię serca ślę, aby Cię wspierała.
Moc Mocy!
Sylwia"

"Kocham Cię ZAWSZE. Beata"

Czyż to nie piękne? A to tylko małe fragmenty.
Przyjmuję, dziękuję i jestem taka WDZIĘCZNA.

Jestem bogata. Pływam w obfitości dobra i miłości. Tyle wspaniałych słów, myśli, życzeń i pamięci. Otaczają mnie wspaniali ludzie.
Tutaj, na bloga zaglądają mili, cudowni czytelnicy, których prośby o kolejny post, czy dobre słowo na temat tego, o czym piszę i co pokazuję, dodają mi skrzydeł i sprawiają, że mi się chce, nawet kiedy myślę, że wcale nie...
Za każdą Waszą minutę poświęconą na czytanie i pisanie do mnie ogromne DZIĘKUJĘ! Wiedzcie, że każdy Wasz komentarz jest dla mnie ważny.

                                                          DZIĘKUJĘ


Znacie Pinkolę i jej "Biegnącą z wilkami". Ta książka odmieniła mnie i moje życie. Nie od razu i nie na hura. Jej wpływ się w po prostu zadziewał. Kiedy miałam niewiele ponad 20 lat i Pinkola dopiero co pojawiła się w naszych księgarniach, moje starsze koleżanki szalały z zachwytu.

Ja trochę nie rozumiałam, o co to całe halo i w ogóle jak ugryźć te archetypy i dziwaczne przypowieści.
Potrzeba było wielu lat, trudnych doświadczeń, zranień, miłości, przemyśleń, dojrzałości, obecności mądrych kobiet, żeby zrozumieć i przyjąć za własne mądrości wilczycy. Mądrość dzikiej kobiety, która czeka na przebudzenie w każdej z nas.



JEŚĆ
ODPOCZYWAĆ
WĘDROWAĆ
BYĆ LOJALNYM
KOCHAĆ DZIECI
BŁĄKAĆ SIĘ W ŚWIETLE KSIĘŻYCA
NASTAWIAĆ BACZNIE USZU
KOCHAĆ SIĘ
CZĘSTO WYĆ

Przyjąć swoją mądrość, intuicję i moc. Ukochać siebie. Dbać o siebie z największą czułością. Kochać siebie samego, jak bliźniego swego. Jak swoje dziecko, jak swój największy skarb. Nie dowalać sobie i o sobie nie zapominać.
Szczególnie nam, kobietom łatwo przychodzi najpierw kochać bliźniego, potem kolejnego bliźniego i kolejnego, dopiero gdzieś potem, może i z wyrzutami sumienia trochę siebie.

Każda miłość do drugiego człowieka zaczyna się od miłości do siebie samego. Nie potrafi kochać ten, kto nie kocha siebie. 
Ludzie nas ranią i będą ranić. Najbardziej dotkliwie Ci, których kochamy. Dlatego właśnie, że ich kochamy i nam na nich zależy. Nie dokładajmy sobie sami tych zranień. Bądźmy dla siebie dobrzy i czuli. Pełni akceptacji dla siebie całych.

Życzę sobie czułości, łagodności i akceptacji dla siebie i dla innych.
Miłości. Tej zaczynającej się ode mnie. Zasługuję na więcej miłości własnej, a nie na mniej.
Zasługuję na więcej miłości innych ludzi, a nie na mniej. ZAWSZE! Nie tylko wtedy, kiedy jestem doskonała i pasująca do cudzej, czy swojej wizji.

Gdy jestem smutna, zasługuję na więcej miłości, a nie na mniej
Gdy się złoszczę, zasługuję na więcej miłości, a nie na mniej
Gdy jestem sfrustrowana, zasługuję na więcej miłości, a nie na mniej
Zawsze, gdy czuję się zraniona, zrozpaczona lub winna, zasługuję na więcej miłości, a nie na mniej
Nawet wtedy, gdy jestem zawstydzona swoimi zachowaniami, zasługuję na więcej miłości, a nie na mniej
Niezależnie od tego, jak się czuję, potrzebuję więcej miłości, a nie mniej
Niezależnie od tego, jak udało mi się przetrwać przeszłość, zasługuję na więcej miłości, a nie na mniej
W swój najgorszy dzień, zasługuję na więcej miłości, a nie na mniej
Nawet, gdy życie wydaje się okrutne i skomplikowane, zasługuję na więcej miłości, a nie na mniej
Gdy się boję, zasługuję na więcej miłości, a nie na mniej
Nie ma znaczenia, czego nie jestem w stanie zaakceptować, komu nie potrafię wybaczyć, ani czego nie umiem pokochać- i tak zasługuję na więcej miłości, a nie na mniej.

I tak dalej.
Dopisujcie swoje Kochani.
Ja codziennie zapisuję własne zawsze gdy, nawet jeśli, gdy jestem...
I wciąż zasługuję na więcej miłości, a nie na mniej.

TAK JAK TY!

                                                                     Asia

poniedziałek, 23 października 2017

Kolorowo



Zaczęłam się malować jakoś w liceum. Tusz do rzęs i prasowany puder do zmatowienia skóry. W tajemnicy przed mamą i tylko tak, żeby nie zauważyła.
Moim najbardziej luksusowym kosmetykiem, który kupiłam sobie po 18 urodzinach, był róż w kuleczkach marki Oriflame. Dumna byłam z tych kuleczek jak paw.
Jakoś tak pod koniec liceum znielubiłam też mój ciemno- blond kolor włosów i robiłam wiele, żeby niezauważalnie dla rodzicielskich oczu ów kolor nieco rozjaśnić. Że niby tak od słońca w lutym mi te włosy jaśnieją. No więc moczyłam delikatnie grzebień w wodzie utlenionej i przeczesywałam moją czuprynkę.

Takie to zabiegi wykonywałam, żeby podkręcić mój nastoletni wygląd.
Teraz też się trochę podkręcam, nie będę ściemniać.

Kosmetyki lubię. Bardzo, ale bez przesady. Mam swoje ulubione, sprawdzone, stosowane od lat i jestem im wierna. Czasami próbuję nowości (jak na przykład kosmetyki mineralne Annabelle), mam też oczywiście kosmetyczne pragnienia i pokusy, którym nieczęsto (na szczęście) ulegam.

Rynek kosmetyczny jest obecnie tak obfity i różnorodny, że można po prostu zwariować od tego nadmiaru. Nie mówiąc już o zagubieniu w tym gąszczu pudrów, kremów, rozświetlaczy i innych nowinek, o których jeszcze kilka lat temu nikt nie słyszał.

Ja sama czasami "pierwsze słyszę'' o tym czy owym i zastanawiam się do czego to służy i czy aby na pewno makijaż bez jakiegoś specyfiku nie będzie kompletny. Jak twierdzą znawczynie tematu.

Tak czy siak, w pewnym wieku ma się jednak wypracowany jakiś makijażowy standard. Kolorową bazę na co dzień i na wielkie wyjścia. Nawet jeśli jest to baza bez makijażu, tak też może być oczywiście.

Skorzystałam ostatnio z promocji 49% mniej w Rossmanie i kupiłam mój kosmetyczny standard. Fajnie się złożyło, akurat i podkład, i róż, i tusz miałam na wykończeniu.

Ten zestaw (poza cieniami) jest w mojej kosmetyczce od lat.


Cienie Max Factora zakupiłam przy okazji, skuszona bogatą paletą brązów, delikatnych różów i innych cielistych. Pasują mi.


Pielęgnacja to osobny temat i jeszcze kiedyś do niego wrócę. Dzisiaj tylko moje odkrycie. Olejek. Jest wspaniały po prostu. Skóra po jego codziennym użyciu jest miękka i aksamitna. Nie sądziłam, że kiedykolwiek powiem coś takiego o jakimkolwiek olejku...


Prezentacja. Makijaż weekendowy. Ja też, jak widać, robię czasami "dziubki". A nie wiedziałam...



 A potem był wspólny czas. Rynek pełen warzyw.




Potem biblioteka i obiad w wegańskiej knajpie o wdzięcznej nazwie Porażka.


W niedzielę odwiedziłyśmy schronisko dla zwierząt. Ale o tym innym razem.

                                                               Do napisania.
                                                                      A.

środa, 18 października 2017

Jesienne klimaty


Pogoda nas rozpieszcza! Taka jesień!
Taki październik. Mój ulubiony miesiąc. Miesiąc moich urodzin.
A jednak i pomimo: słońca, cienkich bluzek, otwartych szeroko okien, cudnych spacerów w trampkach, pomimo - jednak czuć jesień. Ptaki nie śpiewają i raczej odlatują, liście- wiadomo, wieczory chłodne, poranki zamglone i mokre.

Lubię ten czas.
Czas przygotowań.
Do zimy i kilku miesięcy swoistego uśpienia. Przyroda przygotowuje się do odpoczynku, my poniekąd też.
Robimy zaprawy, wyciągamy grube swetry, wełniane koce i pledy, więcej czytamy i palimy świeczki.
Kokosimy się rodzinnie i domowo.

Pojechałam dzisiaj do Ikei po świeczki właśnie, ponieważ zużyliśmy wszystkie, jakie były w domu, do ostatniej kapki wosku.
Ja też robię zapasy na zimę, a co!

Tuż obok Ikei jest poznańska giełda kwiatowa. Nie wiem, od której porannej godziny działa, ale obstawiam jakąś 3.30. W każdym razie o godzinie 9 kramiki się zamykają i sprzedawcy sprzątają swoje stoiska. Koniec roboty.
Za 5 złotych można wjechać na giełdę i robić zakupy po cenach hurtowych. Kupiłam kilka wrzosów i kiedy wychodziłam zobaczyłam, że sprzątający sprzedawcy wyrzucają na betonową podłogę całe bukiety kwiatów. Kwiatów, których już nikt nie kupi. Bo lekko zwiędnięte, albo coś...

Przechodziłam obok nich i tak mi się jakoś smutno zrobiło. Przypomniała mi się piosenka "Biełyje rozy, biełyje rozy" (pamiętacie ten rosyjski przebój?).
Ten kiczowaty hicior zawsze mnie wzruszał jakoś i żal mi było niemożebnie tych róż. No ale ja nie jestem pod tym względem normalna, wzruszam się i ryczę na wszystkich bajkach Disneya i rzewnych pioseneczkach. Ku zgorszeniu moich córek zresztą.

W każdym bądź razie pochyliłam się nad wyrzuconymi bukietami i tyle, ile byłam w stanie unieść, zaniosłam do samochodu. Czule i ze wzruszeniem oczywiście (szczęście, że nie zaczęłam do nich na głos mówić! Jakoś się powstrzymałam).





Piękne w swojej niedoskonałości i w przemijaniu. Jak cała przyroda. Jak każda z nas, jak każda kobieta. Mężczyzna zresztą też.

Wrzosy jeszcze nie przemijają, przynajmniej nie tak widocznie i wprost. Póki co zdobią nasze wejście przed domem.







Nasz ogród również cały w przemijaniu. Szczególnie orzech, który ma tyle liści, że po opadnięciu tworzą kilka dywanów, do wielokrotnego grabienia.



I krótki spacer po ogrodzie.
Ostatnia róża. Ostatnia lawenda. Liście ledwo zielone...I drewno gotowe do ogrzania wychłodzonych przestrzeni. Taka jesień Piękna!






                                                                               Asia